Kozienice

Kozienice, Kozienice, ścigamy się znakomicie.

Witam ponownie w powiecie kozienickim. Tym razem w sercu powiatu, w osławionych na całą Polskę Kozienicach. Nie będę wymieniał z czego słyną Kozienice, jaką miały historie i jaka im się szykuje przyszłość – to powinni wszyscy wiedzieć, a po za tym na opisanie tego nie starczyło by mi literek i z pewnością skończyła by mi się czcionka. Przekieruje tylko wszystkich ciekawskich do Kozienic i  zaproszę do wycieczki po okolicy. Gwarantuje, nie będziecie chcieli wracać…

Pamiętajmy jednak po co tu jesteśmy. MTB? Maratony? Legia? Właśnie Tak. Dziś mieliśmy się trochę poruszać, trochę współzawodniczyć. A więc, mili Państwo – zawodnicy, kibice, fani: Zaczęło się z przytupem. Wyposażony w rewolwer sędzia główny, dostojnie podkręcił wąs, wprawnym – trenowanym od lat ruchem, wyciągnął rękę. Wymierzył. Strzelił. Przeraźliwy huk spłoszył nawet ogłuszone wiekiem ptactwo. Kłęby dymu przesłoniły wizję. Świat zamarł w oczekiwaniu. Kibice rozganiając rękami dym starali się dostrzec choć by najmniejszy ruch świadczący o tym, że… WYSTARTOWALI! Kolaże z charakterystycznym pyknięciem towarzyszącym przekroczeniu bariery dźwięku wyłonili się z przerzedzonego rękami kibiców dymu. Zawzięte twarze mówiły jedno – to dopiero początek dystansu a my już dajemy z siebie wszystko. Naprężone mięśnie, świeży pot… Mignęli. Zniknęli. W pozbawionym oddechu miasteczku zagrała muzyka.

Tym czasem na trasie, w miejscu zwanym bufetem. Cisza. Wykwalifikowana obsługa techniczna zaopatrująca zawodników w banany i odżywczą wodę mineralną, patrzy w lewo, w prawo patrzy i nic.. Nic się nie dzieje. Naglę jak spłoszone wystrzałem sędziego ptaki zerwały się obserwujące trasę dzieci. Rozbiegły się z uniesionymi rękami krzycząc – jadą już jadą, kolarze! Jak się sekundę później okazało dzieci miały rację, zza zakrętu wyłoniła się migocząca w rozgrzanym powietrzu sylwetka zawodnika. Wykwalifikowana obsługa techniczna pochwyciła wodę. Pochwyciła banany, gotowa do dokonania tak dobrze znanego wszystkim przekazania dóbr. Zawodnik nadjechał. Płynnym i miękkim ruchem pochwycił butelkę z wodą po czym wylał ją sobie na głowę. Pochwycił banana i pochłonął. Jeszce rozpylone pędem krople wody nie zdążyły dotknąć ziemi a zawodnika, lidera wyścigu, nie było już w polu widzenia. Banan, woda, woda banan. Kolarski kolaż przetoczył się przez, tak zwany, bufet ograbiając go z całego zapasu bananów i prawie całego zapasu wysoko-mineralizowanej wody w plastikowych butelkach o pojemności pół litra marki nieznanej…

Do zobaczenia w Rembertowie na przedostatnim wyścigu w sezonie!

Przejdź do treści